DZIECKO

W 2010 roku zaszłam w ciążę. To był właściwie początek choroby, choć nie mogę powiedzieć, że nie zauważyłam wcześniej jej symptomów – nagłego słabnięcia nóg, niemocy we wsiadaniu do busa (za każdym razem ktoś z rodziny musiał mi pomagać, bo nie dawałam rady sama], coraz częściej każdy schodek był dla mnie samodzielnie nie do pokonania. Gdy pewnego słonecznego, upalnego  dnia upadłam trzymając na rękach siostrzeńca, tłumaczyłam to sobie zmęczeniem lub po prostu upałem. Ale od 4-5 miesiąca ciąży zauważyłam, że dzieje się coś niedobrego. Z miesiąca na miesiąc sytuacja się nie poprawiała, było coraz gorzej – nie mogłam nic zrobić w mieszkaniu, wszystkie prace porządkowe  – pranie, sprzątanie, gotowanie, zmywanie naczyń, stały się niemożliwe do wykonania.  Codzienne ubranie się, poranne wstanie z łóżka było dla mnie męczarnią – we wszystkim pomagali mi najbliżsi – rano i wieczorem mąż (wiadomo, że ja o pracy mogłam jedynie pomarzyć, więc tylko mąż pracował), a w ciągu dnia przychodziła moja mama albo brat.

Pamiętam, że gdy poszłam kolejny raz do ginekologa (ok. 6 miesiąca ciąży) i powiedziałam mu o wszystkim, to stwierdził, że to normalne, ponieważ jestem w ciąży – przytyłam, a dziecko swoje waży i rośnie – miałam się niczym nie przejmować i cieszyć się, że niedługo zostanę mamą. Mam po prostu zacząć pozytywnie myśleć i nastawić się na to, że po urodzeniu dziecka wszystko wróci do normy, no i  przyjmować ok. 5-6 tabletek magnezu, bo 2 to mało, a też przez brak magnezu tak słabnę. Robiłam tak, jak lekarz kazał – gdy tylko czułam, że słabnę, od razu zażywałam magnez. Ok. 6-7 miesiąca doszło do lekkiego niedowładu nóg: wydawało się, że są jak z gumy, z waty, a innym razem sztywne, jakbym w nich miała kołki. Ale i to jakoś zniosłam, najgorsze przyszło w 9 miesiącu ciąży –  spadłam ze schodów. Akurat nikogo nie było w domu, z trudnością ułożyłam się w pozycji półleżącej i czekałam, aż przyjdzie mąż. Po ok. godzinie pojechaliśmy na SOR, gdzie lekarz dyżurujący stwierdził, że ja po prostu wcześniej chciałam urodzić. Zrobiono komplet podstawowych badań  (były w normie) i wypuszczono mnie do domu ze szwami na głowie.

Na porodówkę trafiłam 2 tygodnie przed terminem, oczywiście znów we wszystkim musiał mi pomóc mąż, nawet wejść na łóżko, ale nikogo to nie zdziwiło. Okazało się, że będę mieć cesarkę. Gdy weszłam na salę operacyjną lekarz anestezjolog przyrównała moją wagę ciała do słonicy, ale wtedy nie myślałam o jej słowach, bałam się, wiedziałam, że coś jest nie tak.

Urodził się syn. Okazało się, że zachłysnął się smółką, nawet nie zapłakał. Pielęgniarka pozwoliła mi go tylko pocałować i gdzieś go zabrała. Gdy byłam na zwykłej sali, tylko raz odwiedziła mnie lekarka, aby mnie powiadomić, że lekarze robią wszystko, aby ratować moje dziecko. Nie wiedziałam w ogóle, co się z nim dzieje. Cały czas leżałam w łóżku, miałam bezwładne ręce i nogi. Następnego dnia po porodzie, gdy nie mogłam się doprosić pomocy od personelu (sprzątaczka  tylko się zaśmiała i stwierdziła, że nie ma mowy, bo ją z taką wagą przewrócę, pielęgniarki też miały inne zajęcia), wstać z łóżka pomogła mi moja mama. Poszła się też dowiedzieć, gdzie znajduje się mój syn. Okazało się, że jest na intensywnej terapii. Jakoś z pomocą mamy doszłam tam i gdy go zobaczyłam rozpłakałam się – nie wiem, czy ze szczęścia,  że żyje,  czy dlatego że był podpięty do respiratora i  różnych monitorów – pełno było kabelków – wyglądało to przerażająco. Nie mogłam powstrzymać łez, zastanawiałam się, czy czegoś źle nie zrobiłam, będąc w ciąży. W dniu wypisu dowiedziałam się, że dziecko zostaje w szpitalu, a ja mogę je odwiedzać. Tak też robiłam – do Krakowa jeździłam przez 1,5 miesiąca co drugi dzień – ale zawsze z kimś, bo sama nie mogłam wsiąść ani do busa ani do tramwaju. Dosłownie musiano mnie wciągać do środka pojazdu, nogi miałam sztywne jak kołki. Mój syn przez ten czas dochodził stopniowo do siebie: respirator, HACCP, sonda. Gdy już dziecko mogłam odebrać, dostałam pełno wytycznych, gdzie i do jakich poradni mamy z nim jeździć i jakie badania musi przejść. Gdy on tak bardzo mnie potrzebował, ja nie mogłam go ani przewinąć ani wykąpać ani nakarmić.

W połowie 2011 roku trafiłam do szpitala w Oświęcimiu na oddział neurologii. Codziennie przez 2 tygodnie miałam robione jakieś badania i nie postawiono właściwej diagnozy. Ordynator tego oddziału powiedział, że muszę dużo chodzić, bo tuszę trzeba zgubić.  Chodziłam więc i przewracałam się  na ulicy. W końcu w 2013 roku znalazłam odpowiednią neurolog, która zorientowała się, co mi jest tylko po zebraniu ode mnie  wywiadu. Od razu zdiagnozowała miastenię i skierowała mnie do szpitala na ul. Botaniczną w Krakowie,  gdzie po kilku dniach obserwacji potwierdzono diagnozę.  Powiedziano mi,  że mój syn prawdopodobnie miał miastenię, gdy się urodził, ale jest to tzw. miastenia przejściowa noworodków.

Mój syn urodził się z 1 pkt. w skali Apgar. Dziś jest żywym, energicznym dzieckiem, a ja, dzięki zastosowanemu leczeniu, lepiej się czuję.

 

AGNIESZKA KLUSKA